Wstęp do prostych zachwytów

Wstęp do prostych zachwytów

2018-12-13 2

Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: tak jakby nic nie było cudem, lub jakby cudem było wszystko.

Albert Einstein

Im jestem starsza, tym bardziej je dostrzegam. I dzięki temu, pojawiają się w moim życiu coraz częściej. To bezzębny uśmiech dziecka, zapach ulubionego swetra, powiew ciepłego wiatru na wiosnę. To merdanie ogona psa, który całym sobą wita powracających domowników. To odkrycie, że z cynamonem wszystko smakuje jakoś świątecznie. To nieśpieszne picie aromatycznej herbaty, albo pisanie w nowym, pięknym notatniku. To budzenie się w świeżej pościeli i ponowne błogie zaśnięcie ze świadomością, że do budzika pozostało sporo czasu.

Od wieków, książki, wiersze, obrazy, słowa piosenek i  artykułów mówią o tym, że najważniejsze i najbardziej wartościowe jest to, co się znajduje wokół nas. Bliziutko. Na co dzień. A jednak najczęściej nie zwracamy na to uwagi, wciąż zagonieni za czymś ważnym. Niby zgadzamy się z tym, że życie jest jedno i trzeba je dobrze wykorzystać, a jednak  dni mijają nam zupełnie nie tak, jakbyśmy chcieli. A przecież to takie… piękne. Odkryć moc pojedynczej chwili! To jak przebudzenie w innym wymiarze.

Życie wypełnione tym, co prawdziwe, nie udawane. Tym co tu i teraz. Wciąż się go uczę i na nie otwieram. Radość sprawia mi myśl, że mam jeszcze tyle do odkrycia. Dostrzeganie małych, prostych zachwytów to moje perpetuum mobile. Im częściej udaje mi się zauważyć, świadomie coś przeżyć, tym więcej podobnych chwil się pojawia. Jednak nie będę ukrywała, że tak było zawsze, ani, że nie zdarzają mi się już gorsze, a czasem całkiem „nie-magiczne” dni.

Moje postrzeganie świata bardzo się zmieniło w ciągu kilku ostatnich lat. A zaczęło się od paru świadomych rozmów z bliskimi i przyjaciółmi, a następnie sięgnięcia do książek uczących, jak osiągnąć spokój ducha, którego bardzo potrzebowałam. Mówiły o technikach Mindfulness, świadomym oddychaniu, zawierały ćwiczenia uczące uważności.  Początkowo traktowałam je bardziej jako ciekawostkę, czasem ich teksty wydawały mi się zabawne, a czasem wręcz infantylne. Ale jednak coś mi mówiło, że warto kontynuować tę dziwną naukę, jakiś wewnętrzny głos przypominał mi wciąż, że to, co dziecinne proste, jest również czymś dobrym i rozwijającym, że ten swoisty powrót do dziecięcej ciekawości, jest właśnie tym, czego potrzebuję.

Dorośli wiele mogą się nauczyć od dzieci w kwestii dobrego życia. Monteskiusz powiedział, że zamiast mówić do siebie: „Nie bądź dziecinny”, powinniśmy raczej mówić: „Nie bądź dorosły”. Dzieci chłoną życie każdą swoją cząstką. O wiele mniej się boją i nade wszystko są bardzo odważnymi istotami. Nie lękają się próbować nowych rzeczy, na myśl o przygodach, aż całe się palą, żeby je realizować i nie trzeba ich wcale namawiać, by wypróbowały teorię w praktyce. Śmieją się głośno i nie ukrywają swojego płaczu. Są w tym takie szczere, takie autentyczne. Wykorzystują swoją wyobraźnię i kreatywność. Mocno wierzą, że narysowane przez nie kształty to właśnie lew, dom, czy drzewo i mówią o tym odważnie wszystkim dookoła. Nie szczędzą czasu na obserwację przyrody i zadają całe mnóstwo pytań. Są ciekawe świata. Uczą się i rozwijają w szybkim tempie.

Aż do pewnego momentu… Kiedy stopniowo zaczynają cichnąć i coraz mniej wyrywać się przed szereg. I rok po roku ich wielka odwaga maleje, a jej miejsce zajmują kompleksy, strach i brak poczucia własnej wartości. To naturalny stan rzeczy. Ufam, że utrata wewnętrznej dziecinności ma wielki sens. Sęk w tym, żeby w odpowiednim momencie życia sobie o niej znowu przypomnieć. Odkurzyć w sobie ciekawość i pragnienie życia. Niestety to już nie każdemu się udaje.

Głęboko wierzę, że aby docenić to, co się ma, warto trochę pobłądzić, powątpić i pocierpieć, by powrócić do swoich źródeł wzmocnionym i widzącym więcej. Problem w tym, że tak wiele osób naprawdę pobłądziło w swoim życiu i nie dość, że nie widzi drogi powrotnej, to jeszcze narobiło sobie kłopotów w postaci utraty wiary w sens, uzależnień, bezrefleksyjnego pięcia się na szczyt, niekończącej się pogoni za tym co doskonałe (czyli nieistniejące), za pieniędzmi, prestiżem, urodą… Ach, to taki olbrzymi temat. Nie będę się teraz nad tym dłużej rozwodzić. Podsumuję tylko szybko – doskonałość to nieprawda, prawdą jest to, co tu i teraz. I jest to prawda najpiękniejsza, mimo że często porysowana, pokiereszowana lub niekompletna.

Bardzo lubię stare, drewniane podłogi. Najlepiej, żeby nosiły ślady długiego użytkowania – odbite nogi krzeseł, znaki przesuwania komody z miejsca na miejsce. Takiej podłogi nie trzeba ciągle czyścić, bo i tak ciężko jest z niej wydobyć blask świeżo polakierowanej powierzchni. Innymi słowy, taką podłogą nie trzeba się bardzo przejmować i można po niej spokojnie chodzić, bez stresu, że się zabrudzi, czy porysuje. Bo jeśli marzy nam się coś przeciwnego- biała, nieskazitelna, lśniąca nowością podłoga bez ryski i brudku, to jedynym sposobem, żeby taka pozostała jest jej nieużywanie lub nieustanne polerowanie – a co to za życie, spędzone na froterowaniu własnej podstawy? Jeśli wciąż będziemy tylko czyścić podłogę, to zabraknie nam czasu, aby na niej zatańczyć. (A co to za życie, bez tańca?!)

I podobnie jest z ludźmi, którzy boją się autentyczności, czyli bycia prawdziwym, tu i teraz. Tymczasem zaprzestanie odgrywania perfekcjonizmu sprowadza nas do bycia sobą, a przecież każdy w końcu pragnie być sobą, iść własną, a nie czyjąś drogą. Człowieku, nie graj – bądź sobą! To takie piękne! I łatwe, chociaż wydaje się… niełatwe? Szczególnie dzisiaj…

Odkąd stałam się dorosła, starałam się realizować swój rozsądny plan na siebie, ale przez większość czasu nie byłam pewna, czy rzeczywiście robię to, czego pragnę. Przykładowo, na myśl o swojej karierze pojawiały mi się w głowie różne obrazy siebie – pewnej siebie, przedsiębiorczej, zarządzającej, elegancko ubranej, na wysokim obcasie. Problem w tym, że te moje wyobrażenia były efektem nie tyle moich własnych pragnień, co narzuconych, wpojonych mi przez media, a głównie telewizję i krzykliwe książki o tym, jak stać się kimś. Nie przyszło mi długo na myśl, żeby zadać sobie pytanie: po co? Po co mam się stawać kimś, skoro już kimś jestem? I wystarczy, że zadbam o siebie, swoje ciało i duszę, a reszta sama będzie się wokół mnie dobrze układać.

Uważne przeczytanie, obejrzenie, wysłuchanie każdej wartościowej i pomagającej mi zrozumieć siebie treści niesie za sobą następne i następne. Otwarcie się na ludzi sprawia, że coraz ciekawsze stają się rozmowy. I krok po kroku coś z tych odkryć pozostaje w mojej głowie. Co więcej, mam ochotę dzielić się swoimi prostymi zachwytami z innymi, rozmawiać i przede wszystkim słuchać.

Stąd pomysł na bloga, wynikający zarówno z potrzeb mojego serca jak i rozumu. Chciałabym też znaleźć tutaj miejsce na manifest wrażliwości, która jest wielką siłą, mającą moc tworzenia pięknych i dobrych rzeczy. Siłą, a nie ułomnością, czy słabą stroną. Będę więc pisać o tym, co dla mnie ważne i wartościowe, a zarazem proste i na wyciągnięcie ręki. Prawdziwe życie nie jest jak idealne zdjęcia z Instagrama. Chociaż czasem przydarzają nam się wielkie rzeczy, to jednak na większość naszych dni składają się zwykłe minuty.

Wierzę, że będę poruszać tematy, które zaciekawią (a może i pokrzepią) wiele osób, bo chociaż każdy z nas jest jedyny i niepowtarzalny, to jednak sporo nas łączy.

Witam Cię i życzę Ci samych zachwytów,

Iwona