Offline – sztuka pozostawania w tyle

Offline – sztuka pozostawania w tyle

2019-02-08 2

Jak usłyszeć siebie w takim szumnym skercu? M. Grechuta

Marzy mi się czasem Myśloodsiewnia. Taka jaką miał Dumbledore. Bardzo ostatnio doskwiera mi nadmiar. Myśli, informacji, opinii, rzeczy. Mniejszy wybór byłby lepszy. Czystszy, prostszy i zostało by tyle czasu na tylko bycie i oddychanie. A tymczasem mam wrażenie, że nachalnie i nie pytając mnie nawet o zdanie otacza mnie – wszystko.

Wszystko-

Słowo bezczelne i nadęte pychą.

Powinno być pisane w cudzysłowie.

Udaje, że niczego nie pomija,

że skupia, obejmuje, zawiera i ma.

A tymczasem jest tylko

strzępkiem zawieruchy.

(W. Szymborska, Chwila)

Z prawdy wynika tylko prawda. Z fałszu wynika wszystko – zapamiętane z lekcji matematyki prowadzonej przez profesora Marka.

Nie chcę posiadać wszystkiego, bo to nic nie warte i zmuszające do gonitwy – a ja wyjątkowo nie lubię biegać. Nie chcę być fast. Chcę zostać w tyle. To ciągłe nadążanie za światem straszliwie mnie zniechęca do praktykowania życia, bo np. zamiast rozmawiać z K. o sensie istnienia lub wymianie syfonu- wodzę palcem po obrzeżach niewielkiego ekranu, gorliwie próbując nadążyć i wiedzieć, a i tak efekt jest marny. Jest juz nawet na to naukowy termin: FOMO – fear of missing out – strach, że coś przegapimy. Wygląda na to, że sieć nas powoli wciąga. Wiemy o tym? Mamy czas się nad tym zastanowić?

Ostatni weekend był dla mnie bardzo udany. W sobotę byłam z K. na koncercie muzyki filmowej. Bez Ł., więc to była taka prawdziwa randka (babcie i ciocie, które pilnujecie maluszków, żeby rodzice mogli iść na randkę – jesteście kochane;*). Orkiestra symfoniczna grała utwory Hansa Zimmera, którego oboje bardzo lubimy. W niedzielę zaś wybraliśmy się większą grupą do jednej z naszych ulubionych restauracji na rodzinny obiad. Był to więc jeden z tych owocnych weekendów – wypełniony dobrą muzyką, jedzeniem i towarzystwem – pełnia szczęścia.

Przez te dwa dni zauważyłam jednak tak dobitnie, jak wiele osób jest uzależnionych od bycia online. Koncert był przedni i oczywiście łezka mi się zakręciła na fragmencie z Gladiatora. Miałam ochotę zamknąć oczy i bezmyślnie łapać muzykę, zawsze tak robię, kiedy wyjątkowo do mnie przemawia. Tymczasem setki osób poświęcało czas na nagrywanie filmików i robienie sobie selfie ze sceną w tle. Taka świetna okazja do chłonięcia tu i teraz… Wykorzystana czasem niemal całkowicie na bycie gdzieś indziej….

Nazajutrz w restauracji zwróciłam uwagę na pewną mamę z kilkuletnią córką. Pomyślałam, że czas tak szybko mija, że pewnie już za niedługo też będę mogła pójść z Ł. na babski obiad. Będziemy sobie jadły pyszności i gadały co ślina przyniesie na język. Jednak te panie niezbyt dużo ze sobą rozmawiały. Czekając na dania obie były bardzo daleko od siebie. Szczególnie przykro mi było patrzeć na tę małą dziewczynkę skrolującą jakieś treści w telefonie, ze znudzeniem na twarzy. Gdybym ja w jej wieku była z mamą w restauracji to pewnie udając księżniczkę, poprawiałabym ciągle wykrochmalony kołnierzyk i w ciszy zastanawiała się, w której ręce powinnam trzymać nóż… I pewnie bym tę sytuację długo pamiętała –  wygląd kelnerki, ścieg haftowanego obrusu, zapach dania, jakże wykwintnego, z racji bycia podanym przez kogoś innego niż mama i być może nawet z racji nie bycia schabowym z ziemniakami. I znów to bycie tu i teraz… Coś potrafi nam to skutecznie utrudniać. A takie niewinne się wydaje. Ot mały prostokątny przedmiot… okno na świat, które ma łączyć … a dzieli?

Ja również, jako maleńka cząstka tej olbrzymiej sieci upstrzonej obrazami i opiniami czuję się chwilami (bo w sumie nie za często) zobowiązana by dodać coś od siebie. A i tak kiepsko mi z tym idzie. Jest blog i tekst raz na tydzień dla tych, co chcą czytać, ale nigdy jeszcze nie zrobiłam zdjęcia temu, co jem, choćby nie wiem, jak kolorowo prezentował się talerz ozdobiony modnym wzorkiem. Pachniało, stygło, no to zjadłam i było już za późno.

Nie chcę oceniać ludzi za to, że się eksponują w mediach społecznościowych, ale sama mam takie mocne wewnętrzne przekonanie, że trzeba być w tej kwestii bardzo ostrożnym, że nie tędy droga. Że trzeba być tu i teraz i że to zawsze jest czymś lepszym, prawdziwszym. Że żaden lajk, serduszko, komentarz nie powinien być dla mnie ważniejszy od zwyczajnej rozmowy z osobą siedzącą naprzeciw mnie. Bo jeśli tak się stanie, to w następnej kolejności swój piedestał będą tracić kolejne ważne momenty – dotyk, pocałunek, zapach, patrzenie w ciszy na błyszczące oczy, słuchanie muzyki, dotykanie mokrej trawy, wyczuwanie w lutowym wietrze kilku nutek wiosny. Nie da mi tego świat online. Ale może mi to odebrać, a ja nawet nie zauważę kiedy.

Masz jakieś swoje przemyślenia na ten temat? Podziel się nimi;) Możesz też polajkować i poserduszkować jeśli Ci się podoba jak piszę, będzie mi nieziemsko miło.

Samych zachwytów,

Iwona