Najszczęśliwsze dzieci na świecie – czyli umiejętność zachowania spokoju

Najszczęśliwsze dzieci na świecie – czyli umiejętność zachowania spokoju

2019-02-15 0

Kiedy byłam w ciąży utworzyłam sobie excela z listą poradników do wychowywania dzieci. Chciałam być wyedukowaną i obeznaną w temacie młodą matką. Olbrzymi wybór, często wzajemnie wykluczających się treści doprowadził mnie jednak do bólu głowy i przekonania, że łatwiej mi będzie zostać kardiochirurgiem niż dobrą mamą. Jak zwykle mnogość przygasiła moje ambicje. Postanowiłam poczekać z tym czytaniem, aż wystąpi jakiś realny, trudno-rozwiązalny problem wychowawczy. Zamknęłam excela i do dziś nie otwarłam. Spotkał go los podobny do większości moich kalendarzy z postanowieniami noworocznymi.

Dzisiaj jednak napiszę o książce, której nie było na liście, a została przeze mnie przeczytana. Już dawno powinnam ją oddać do biblioteki, ale to jedna z tych pozycji, którą chętnie bym zatrzymała. Poza tym mam są z nią związane same ciepłe wspomnienia.

Jest 7 listopada, dzień moich urodzin. Słońce świeci jak w maju (ach, ta ostatnia jesień), a ja mam przeczucie, że to będzie całkiem przyjemnie leniwy dzień. W końcu nieczęsto listopadowe urodziny przypadają w środku wiosennego tygodnia i do tego na macierzyńskim. Biorę Ł. do wózka i jedziemy na spacer do biblioteki. Ł. jest tam drugi raz w życiu, ale ten pierwszy średnio się liczy, bo miała wtedy może 2 miesiące i było jej wszystko jedno gdzie jest, byleby kołysało. W bibliotece oddajemy przeczytane książki pokornie i przepraszająco się skulając. Fenomen naszej biblioteki – możesz trzymać książki przez miesiąc, ale bylebyś oddał do roku, a też będzie dobrze. Bierzemy z regałów kilka książek, a naszą uwagę przykuwa jedna taka, co ma wyjątkowo ładną okładkę. Do tego jest o wychowywaniu, a ja sobie przypominam, że powinnam takie czytać. Bierzemy.

Wracamy do domu, a Ł. wygląda trochę tak, jakby jej się zbierało na drzemkę. Olewam więc moje brudne gary wylewające się ze zlewu i podłogę ubazgraną poranną kaszką. Trzeba korzystać ze słońca, książek i drzemki. Siadam na ławce i biorę oczywiście tę z najładniejszą okładką Najszczęśliwsze dzieci na świecie – czyli wychowanie po holendersku Rina Mae Acosta i Michele Hutchison.

Tak więc, wedle książki najszczęśliwsze dzieci na świecie zamieszkują Holandię. Jest to udowodnione za pomocą badania przeprowadzonego przez UNICEF. Z zaciekawieniem czytam więc, co takiego jest w tej Holandii. Czytam o zabawie na świeżym powietrzu, o wszechobecnych rowerach, o braku zadań domowych i rezygnacji z zajęć pozalekcyjnych. Czytam o idei wystarczająco dobrego rodzica i braku nadmiernej kontroli. Czytam o wakacjach na biwakach i jedzeniu chleba ze słodką czekoladową posypką. Nie czuję jednak, że oto odkrywam wielkie tajemnice i klucze do dziecięcego szczęścia. Czuję się raczej całkiem swojsko, bo z każdą stroną napływają do mnie moje własne wspomnienia z dzieciństwa. Jak robiliśmy bazy w lesie, albo bawiliśmy się w podchody, a rodzice nawet nie wiedzieli, gdzie konkretnie jesteśmy (gdzieś za domem), jak jeździliśmy do ciemka na rowerach w lipcowe wieczory, albo jak skakaliśmy w stodole ze stogów siana lub jak puszczaliśmy w dół rzeki statki zrobione ze styropianowych podkładek pod włoszczyznę. A magia zimowego zjeżdżania na workach? Granie w gry komputerowe, albo oglądanie bajek było jak wisienka na torcie, a nie jak wypełniacz codzienności. Do dziś w stanie nienaruszonym zachowała się moja niewielka kolekcja kaset VHS, w tym moja ulubiona bajka Wszystkie psy idą do nieba – sprawdziłam, po 23 latach odkąd ją dostałam na Mikołaja nadal płaczę na końcowych scenach.

Po przeczytaniu książki zerknęłam na recenzje. Trzeba się przeprowadzić do Holandii…, rozważam rzucenie wszystkiego i przeprowadzkę…, w następnym życiu chcę być Holenderką…

Naprawdę trzeba aż tyle? Czy szczęście można znaleźć tylko w innym kraju? Miałam tutaj napisać frazes, o tym, że trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada, ale w przypadku Holandii, trawa nie jest jednoznacznym słowem (nota bene – książka porusza kwestie wyjątkowo niskiego zainteresowania ogólnodostępnymi używkami wśród holenderskiej młodzieży – jak widać niezakazany owoc już tak nie kusi).

Przestać komplikować

Chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe. Ale zamiast prowadzić je do punktu szczęśliwości najprostszą drogą, uważamy, że należy je tam doprowadzić slalomem, zaliczając po drodze lekcje kilku języków, zajęcia sportowe, artystyczne. Chcemy, żeby wiedziały i miały więcej niż my. Ale tak często, w tym całym pośpiechu i maratonie dodatkowych aktywności nie dostrzegamy, że są one zwyczajnie zmęczone. Przeładowane bodźcami, przytłoczone porównywaniem się z innymi, rozdrażnione, potrzebujące odpoczynku i zwyczajnej, starej, dobrej zabawy.

Znów dostrzegam problem nadmiaru. To cudowne, że świat nam dzisiaj tyle proponuje, ale nie możemy się łudzić, że uda nam się dosłownie z wszystkiego skorzystać tak jak należy. Trzeba więc wybrać tyle, ile jesteśmy w stanie utrzymać. Nie – słaniając się na nogach pod ciężarem, ale tak, żebyśmy mogli bez trudu podskoczyć.

Nie omija mnie lęk o przyszłość mojego dziecka. Wiem, że wszystkie te ostrzeżenia typu: zobaczysz, jeszcze ci da w kość, jak będzie chodzić/biegać/buntować się/ chorować itd. – nie biorą się znikąd. Nie trzeba mi tego tłumaczyć, bo właściwie całe moje doczesne życie upłynęło mi w poczuciu zmienności losu, tego, że z dnia na dzień wiele mogę stracić i że często to nie ja o tym decyduję.

Nie liczę na to, że uda mi się ją odizolować od biegnącego świata, cofnąć się w czasie i zbojkotować zadania domowe. Wiem jednak, jak wiele zawdzięczam umiejętności zachowania spokoju, która pomaga w ogromie opcji wybrać te najbardziej wartościowe. Dostrzegam siłę takiej postawy i tego chcę się trzymać wychowując małą Ł.

Najszczęśliwsze dzieci na świecie to jedna z tych pozycji, które mówią o tym, że proste życie jest nie tyle łatwiejsze, co lepsze. Bardzo do mnie przemawiają takie książki. Napełnione nieskomplikowaną prawdą, stanowią dobry materiał na drogowskaz. Natchniona holenderskim stylem, podejmuję jednak wyzwanie – ze wszystkich sił spróbujemy być szczęśliwi w Polsce i się tu bawić, uczyć i wysypiać na świeżym powietrzu (Holendrzy tak robią i są przez to wysocy). Wkrótce też wskakujemy na rowery – chociaż Ł. na razie do siodełka 😉

Samych zachwytów,

Iwona