Moc drobnych przyjemności

Moc drobnych przyjemności

2019-02-22 0

Od jakiegoś czasu moją ulubioną porą dnia jest poranek. Staram się zaczynać go najwcześniej jak to możliwe (ale tak wcześnie jak robi to K. rzadko mi się zdarza). Czasem za to udaje mi się wstać na długo przed Ł. Mam swoje porankowe rytuały – nic wielkiego. Właściwie są banalne, ale zdarza mi się, że kiedy kładę się spać po cięższym dniu, czekam tęsknie na nadejście nowego, właśnie ze względu na te drobiazgi. To poranne rozciąganie, picie wody z cytryną, powolne śniadanie z Ł., wyciąganie małych ubranek z jej białej komody i strojenie jej na kolejny dzień poznawania świata. Na zakończenie czynności ostatecznie wybudzające – puszczam dla nas muzykę i tańczymy. A potem najprzyjemniejszy dla mnie moment – picie porannej kawy w najładniejszej filiżance. Czasem wtedy czytam.

Pamiętam, jak w dzieciństwie doceniałam małe szczegóły poprawiające samopoczucie. Lubiłam zasypiać w świeżej, wykrochmalonej przez mamę pościeli. Lubiłam zapach ciasta w sobotni wieczór czekającego na niedzielną premierę – rzadko kiedy pozostawało nietknięte. Nie było to bardzo świadome docenianie, raczej po prostu mile zapisane w pamięci momenty.

Miałam kiedyś więcej czasu dla siebie, a moje życie bez dziecka było bardzo poukładane. Jednak przez długi okres żyłam w nieustannym oczekiwaniu. Na odpoczynek. Na piątek. Na wakacje. Na świętowanie jakiegoś sukcesu. Słowo codzienność kojarzyła mi się w pierwszej kolejności z nudną przeciętnością, a celebracja z reklamą wina musującego.

Musiałam utracić możliwość bycia sam na sam ze sobą, żeby mocniej docenić codzienność, którą nieustannie buduję przez swoje czyny i myśli. Teraz, kiedy Ł. potrafi już przez coraz dłuższe chwile bawić się sama, zwyczajne picie kawy jest dla mnie powodem do celebracji chwili dla siebie, zasługującym na najlepszą filiżankę.

Nigdy wcześniej nie czułam tak silnie, że potrzebuję pobyć sama ze sobą, jak przez ten pierwszy rok bycia mamą. O wiele mocniej niż kiedyś doceniam teraz moje drobne przyjemności. Spacerowanie, nawet bardzo krótkie rowerowe przejażdżki, słuchanie muzyki, czy po prostu leżenie pod kocem z książką – robię to z premedytacją. Teraz, kiedy mój czas jest jednostką wybitnie niezależną ode mnie, staram się każdego dnia wykrawać jego część tylko dla siebie. Dziękuję też K., za to że mi pomaga ten czas wykrawać ;*

Czasem czuję, że jeśli tego nie zrobię- stanę po stronie rozpaczy. Nie ma tam słońca, a ja nie umiem żyć bez słońca.

Codziennie uczę się bycia tu i teraz. Aż wejdzie mi w krew. Nic nie jest bezterminowe – zdrowie, czas, obecność drugiej osoby. Za rok, dzień, za godzinę mogę to stracić. Wierzę, że warto ubierać się na co dzień w ulubione rzeczy, warto jeść na najlepszej zastawie, warto się przytulać pięćset razy dziennie. Nie czekać do weekendu, świąt, wakacji… Świętować tu i teraz.

Samych zachwytów,

Iwona