O myślach ciemnych, skakaniu po kamieniach i spełnianiu marzeń

O myślach ciemnych, skakaniu po kamieniach i spełnianiu marzeń

2019-03-15 0

Przez ostatnie dwa tygodnie hasło „powoli, świadomie, tu i teraz” powodowało u mnie ironiczny uśmiech. Wszystko było nie tak jak trzeba. Bałagan z wszech stron, podłoga okrutna i złośliwa z plamami nie do zmycia, wsiąknięte biszkopty –  sprawcy myśli samobójczych. Obiady, ambitnie zajmujące pół dnia i dziesięć razy więcej naczyń – po wstępnym przegryzieniu wyplute przez Ł. Do tego przeziębienie, okres i przygotowywanie się do ważnego egzaminu. Myśli ciemne, ciemniutkie…

Na zewnątrz niecichnący, wciąż pracujący wiatr, przynoszący zwirowane uczucia naprzemiennego strachu o przyszłość i nadziei na nowe, nieznane i być może lepsze.

Któregoś popołudnia uwiłyśmy sobie gniazdko na łóżku, pośród kopy prania, drewnianych klocków, pogniecionych i nadgryzionych notatek. Drzemka to przecudny wynalazek. Obudziło nas słońce – jednak postanowiło się pokazać na koniec. Niezawodnie, wielkie sowie oczy i dwa bielutkie zęby zrobiły swoje. Poczułam, że mam wszystko czego mi trzeba. Momencik-brylancik.

Z ciemnymi myślami spotykam się dosyć często (taki urok nadwrażliwca). Na tyle często, że wiem już jaki jest schemat. Przychodzą i zostają, ile im tylko pozwolę. Kluczem do ich pozbycia się jest mobilizacja do bycia obojętnym otwieraczem drzwi wyjściowych. No więc one sobie przychodzą, zazwyczaj na początku  zajmują całą moją głowę i skutecznie utrudniają logiczne myślenie. Po tym chaotycznym wstępie wchodzę ja i staram się za wszelką cenę znaleźć sobie coś do roboty, olać je, nawet na nie nie patrzeć, tylko dyskretnie otworzyć im drzwi. W końcu wychodzą, a ja na ten czas jestem już zazwyczaj uwieszona do małej chmurki (pewnie zaraz się rozpadnie, ale póki co można tak chwilę pofruwać).

To sprowadza się do wyboru. Możemy się osuwać w ciemność, pozwalać się kłębić kumulusom myśli ciężkich, wilgotnych od złości, frustracji, poczucia niedostatku, niewystarczalności, straty czasu…. Możemy tak w nieskończoność.

Możemy też uchwycić się jednego promienia słońca odbitego w czyichś małych, wielkich oczach. Pozwolić się unieść i przeskoczyć do następnego takiego, jak po kamieniach wystających z rzeki. Skakać jak wariat, łudząc się, że nie wpadniemy, mocząc stopy raz po raz, ale jednak wciąż powracać na swoje kamyczki. Warto na nie wracać.

Czyste szczęście płynące z przyjemności bycia człowiekiem to w żadnym wypadku stan stały. Jeśli ktoś tak ma, to podaj proszę swoje namiary. Chętnie Cię posłucham. Szczęście się raczej miewa, niż ma, ale wystarczy niewielka ilość, żeby wiele przejść – ot, taki napój magiczny.

Za kilka dni wyruszamy w podróż. W stronę słońca. Spełniam swoje marzenie z dzieciństwa – takie tam, małe, nieszczególne.

Nie lubię powiedzenia: „jak marzyć, to z rozmachem”. Umniejsza znaczenie marzeń dość przyziemnych – o własnym kącie, czy krótkich wakacjach. Wielkie marzenia stoją dumie i mówią – ha, no i co z tego?! Zrobiłabyś w końcu coś wielkiego, zamiast zachwycać się byle czym! – stoją samotnie, najczęściej nikt ich nawet nie dotyka…

No więc, my, trzy kosmiczne jednostki planujemy się przemieścić w stronę słońca. Ta najmniejsza nawet jeszcze nie wie, ile przed nią nowych rzeczy. Staram się nie projektować scenariuszy opartych o fotografie z gazet. Raz po raz tylko widzę taki obraz- migawkę – małe stópki oblewane morską pianą. To dobry materiał na marzenie do spełnienia.

Samych zachwytów,

Iwona