O pierwszych większych wakacjach z Małą Ł. i o uciekającej młodości, która jeszcze ma wrócić

O pierwszych większych wakacjach z Małą Ł. i o uciekającej młodości, która jeszcze ma wrócić

2019-04-06 0

Dzisiejszy wpis ma dwie części. Pierwsza wyszła poradnikowa – o wakacjach z  małym dzieckiem w Egipcie. Druga część to kilka moich przemyśleń inspirowanych tym wyjazdem. O tym, że chciałoby się być wieczną nastolatką. Czasami;)

No to lecimy z częścią pierwszą czyli Egipt z Małą Ł. 😉

Wakacje w Egipcie kojarzyły mi się dotychczas z obfitością all inclusive zamkniętą w strzeżonych hotelowych rezerwatach uciech dla turystów spragnionych leżenia plackiem i kolorowych drinków z palemką. Moja osądzająca strona miała w tym temacie duże pole do popisu. Chyba nawet zdarzyło mi się zarzekać, że ja to się na takie rozpasanie nie mam zamiaru nigdy wybierać. Ale ale… czasy się zmieniły i moje oczekiwania co do urlopu też.

Kiedy się jest na macierzyńskim wizja leżenia plackiem i kąpieli w ciepłym basenie kusi wygodą jak nigdy… A taki Egipt, który jednak jest a) dość blisko b) dość tani c) ciepły d) pełen pięknych wygodnych hoteli – zaczyna być dobrze uargumentowanym pomysłem na wakacje.

No i pojechaliśmy, a raczej polecieliśmy. Mała Ł. zaliczyła pierwszy lot samolotem i była bardzo dzielna. Tylko lądowanie przepłakała, jak zresztą chyba wszystkie dzieci. Myślę, że to kwestia ciśnienia. Wbrew wielu pytaniom, czy się nie boimy, bo jest niebezpiecznie, bo klątwa Faraona, bo zmiana klimatu itp., muszę przyznać, że to były najbezpieczniejsze wakacje na jakich byliśmy. Wzięliśmy własne jedzonko dla Ł., kilka podstawowych leków i dobre filtry. Nie pojechaliśmy w miejsca wyjątkowo zagrożone, ale też nie siedzieliśmy tylko w hotelu. Skorzystaliśmy z dwóch wycieczek organizowanych przez nasze biuro podróży. Dzikie safari to nie było, ale za to nacieszyliśmy się lazurową wodą i kolorowymi rybkami.

Na osobny akapit zasługują ludzie z obsługi hotelu, rezydenci i przewodnicy wycieczek. Wszyscy oni byli niezwykle mili i pomocni, a jako mama z dzieckiem czułam się bardzo dobrze traktowana. Chociaż Ł. była ciągle chwalona, głaskana, wszyscy do niej ciumkali i zabawiali ją, to jednak nie czułam, że jest to nachalne, czy nie na miejscu.

I tak minęły nam wakacje, które miały być wielkim wyzwaniem, a ja nie mogę się doczekać następnych. Nic złego nas nie spotkało. Wiele dobrego – i owszem. Chociaż nie jestem wielką podróżniczką, ani specjalistką od wyjazdów z dzieckiem, to jednak mogę, korzystając ze swojego skromnego doświadczenia polecić Egipt, jako kierunek bardzo przyjazny rodzinom z małym dzieckiem.

No a teraz o tej uciekającej młodości…

Pierwsze wczasy z dzieckiem – chociaż dołożyły mi ze sto punktów do puli szczęścia – zmusiły mnie też do kilku refleksji… Bo wiecie, ja z K. to taka para od czasów nastoletnich, zanim pojawiła się Ł. spędziliśmy ze sobą jakieś… 13 lat i nie ma co ukrywać, że się przyzwyczailiśmy do wolności bycia tylko we dwoje, a szczególnie na wakacjach.

Sceneria była mniej więcej taka: Mała Ł. śpi po basenie, zawinięta w olbrzymi ręcznik, K. czyta o ostatecznych cyber-zagładach, a ja przysypiam na leżaku z następną książką Brene Brown (tak się cieszę, że trafiłam na jej książki, uwielbiam to, co pisze i mówi). W tle muzyka z nad imprezowego basenu pełnego młodych ciał w brazylijskich bikini, przywiana w stronę brodzika otoczonego małżeństwami z dziećmi. I moje myśli doprawione tym dziwnym tęsknym, nostalgicznym czymś, co czasem sprawia, że znów chcę mieć 16 lat. Czy poczuję jeszcze kiedyś, że te słowa wakacyjnych piosenek dotyczą przede wszystkim mnie? (Jaki cudny czas by zaczynać, niebo aż pęka z nadmiaru piękna – to zdecydowanie piosenka o mnie, K. i o tamtym maju). Czy mnie jeszcze spotka jakaś przygoda (poza zwiedzaniem domku Myszki Miki, rzecz jasna)?

Skakanie w ciemną noc w ciemną wodę, bez chwili myślenia o meduzach i olbrzymich kałamarnicach, jak z Piratów z Karaibów. Wracanie z dyskoteki nad ranem. Spanie do południa. Wspólne pływanie. Snurkowanie. Włóczenie się bez celu.

Nie lubię tego uczucia. Rozpamiętywania i melancholii, wstrętnie głoszącej, że to co najlepsze już minęło. I słowo daję, czasem czuję, że jak jeszcze raz ktoś mi powie: poczekaj, dopiero ci się zacznie, to zdzielę go kapciem w głowę.

Nie umiem tak zostawić za sobą, przejść do drugiej części bez oglądnięcia się na to co było.

Patrzę na śpiącą Ł. w jej za dużym kapeluszu w groszki, zasłaniającym połowę buzi. Część mnie, zawarta w niej będzie kiedyś miała 16 lat. Będzie skakać do wody szumiącej pod księżycem. Będzie jeść lody bez liczenia kalorii i śpiewać przy tym strasznie głupie teksty wakacyjnych hitów, bez przejmowania się, że fałszuje.

Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.(Księga Koheleta)

Niby o tym wiem. A jednak się boję, że to już zaczyna być koniec aktu pierwszego,  że moja młodość gdzieś tam chyli się ku końcowi, bo pałeczka jest już przekazana następnej osobie. Coś się kończy, coś zaczyna.  I wiem też, że w akcie drugim zawsze jest najciekawiej…

Ale cholercia… co ja poradzę, że mi żal? Coraz trudniej umówić się na babski wieczór, bo albo któraś w ciąży, albo urodziła, albo nie ma z kim zostawić dziecka. Nie ma mowy, żeby iść w porządny, winny melanż – zero szans na spokojne, ciche i ciemne przeżycie kaca na następny dzień.

Wyrwałam się ostatnio z moją S. na koncert gongów i dobre jedzonko. Doszłyśmy do wniosku, że chyba pozostaje nam czekać do czterdziestki z imprezowaniem. Na drugą młodość. No ba, ale się wyszalejemy! Nawet nie trzeba długo czekać. Coś czuję, że w takim tempie ta czterdziestka zaraz zaraz się pojawi.

Jeśli więc mój akt drugi już się zaczął nie będę z tym walczyć. Niech tak będzie.

Akt II, scena I – zamiast iść na tańce i czerpać z uroków open baru, idziemy spać przed 22. Padnięci. Pomiędzy nami leżąca w poprzek Ł. Prawdopodobnie śniąca o wielbłądach.

To był kolejny dobry dzień.

Samych zachwytów,

Iwona

P.S. A pochwalę się jeszcze kilkoma fotkami;)

Na pięknej jak z bajki plaży Mahmya
Ładne okno nie jest brzydkie
Hurghada wieczorną porą