Odwaga zaczynania od nowa, czyli coś dla tych, co ciągle są na diecie

Odwaga zaczynania od nowa, czyli coś dla tych, co ciągle są na diecie

2019-05-20 0

Dziwny ten tegoroczny maj. Przez pierwsze tygodnie mój ulubiony miesiąc najwyraźniej chciał być listopadem – moim najmniej ulubionym miesiącem. A ja w oczekiwaniu, aż przestanie padać odkładałam na później. To, że zacznę biegać, to że przestanę wcinać białe lindory (przeklinam dzień, w którym je odkryłam), to że będę sadzić zioła i pić codziennie smoothie z jarmużem. Ale dzisiaj znów mamy poniedziałek – najlepszy dzień, żeby zacząć od nowa. Chmury już nieco przewiane, a w miniony weekend słońce było zdecydowanie górą. Nie pozostaje mi więc nic innego, tylko działać. Z brzuszkiem jeszcze wzdętym po wczorajszej imprezie komunijnej powracam do zasad zdrowego trybu życia.

Tytuł dzisiejszego wpisu mówi o odwadze, ale przyznam, że najpierw chciałam napisać: Wstyd zaczynania od nowa – bo tyle razy próbowałam, a potem zarzucałam, a potem znów próbowałam. Ileż to poniedziałków (poprzedzonych solidną ucztą w tę ostatnią niedzielę), miało być tymi wyśnionymi, wymarzonymi, kiedy to raz na zawsze rzucam słodycze i  przechodzę na krystalicznie zdrową dietę, a szóstka z przodu na wadze odejdzie w mglistą przeszłość?

Akceptacja czy rezygnacja?

W ten nasączony melancholią, niczym śliwka nalewką, maj zadaję sobie pytanie o granicę między rezygnacją a akceptacją. To drugie to ostatnio głośne słowo. Zaakceptuj siebie, pokochaj swoje ciało takim, jakie jest. To dobre słowa, mające moc podnoszenia. A jednak mnie zbyt często kojarzą się z utartymi frazesami i coachingowymi tekstami. Jasna sprawa, że nie chcę spędzić życia na ciągłym wyobrażaniu sobie swojej lepszej sylwetki w bikini na plaży. Pasowałoby więc siebie zaakceptować. Sęk w tym, że ta akceptacja niesie ze sobą niebezpiecznie duże ryzyko jedzenia jeszcze większej ilości białych lindorów.

Podobała mi się wypowiedź Oli Budzyńskiej na ten temat, podczas jej ostatniego webinaru Pani Swojego Czasu. Akceptacja swojej sytuacji nie oznacza rezygnacji z polepszania jej. Można mieć nadwagę, akceptować to i jednocześnie nic z tym nie robić, albo dążyć do zrzucenia kilogramów. Twój wybór. Tak czy tak – lekko nie będzie.

Ja to widzę jako wzięcie odpowiedzialności za to, co mamy teraz. Nasze słabości nie muszą nas definiować. Nasze mocne strony również. Jesteśmy jednak całością, w której zawierają się różne cechy, na które sami pracujemy. To kapitał, który gromadzimy i którym potem rozrządzamy. Problem w tym, żeby akceptować to, gdzie jesteśmy na dzień dzisiejszy, po to, żeby iść dalej, co jest raczej trudne, kiedy się miesiącami zalega na kanapie.

W idealnym świecie wszyscy jemy jarmuż

Początek książki Food Pharmacy Liny Nertby Aurell i Mii Clase nawiązuje do Platona i jego nauki o ideach, w myśl której rozróżniamy świat idei (ten doskonały, przepiękny jak w filmach i reklamach) oraz świat materialny (nasza rzeczywistość, raz parszywa a raz całkiem znośna, a czasem nawet śliczna jak na filmie). Podoba mi się wykorzystanie tej teorii w kontekście przechodzenia na zdrowy tryb życia.

W idealnym świecie wszyscy jemy jarmuż, a chipsy z niego nam smakują, uprawiamy sport minimum 60 minut dziennie, jemy tylko ekologiczne warzywa, rezygnujemy z napojów gazowanych i alkoholu. Tyle że ten idealny świat znajduje się zazwyczaj ciągle w naszej przyszłości zapoczątkowanej tym przełomowym poniedziałkiem, kiedy to wyzbywamy się raz na zawsze naszych zachcianek i stajemy się żywym przykładem fitnesowo świętych za życia.

A tymczasem w świecie rzeczywistym spotykają nas różne historie. Płyniemy przez nie na niepewnej tratwie i czasem nas dosłownie wszystko zalewa. Jednak to do nas należy wybór, czy próbujemy tę tratwę umocnić i czy szukamy ku temu okazji, kiedy panuje względny spokój.

Może się okazać, że to ciągłe próbowanie i poszukiwanie sprawia, że jednak z biegiem czasu mieścimy się w mniejsze dżinsy, niekoniecznie dlatego, że się rozciągnęły w praniu.

Sądzę więc, że nie głupim jest pomysłem spędzanie życia na ciągłym zaczynaniu od nowa. Nie jest głupie podnoszenie się z klęski, żeby znów spróbować. To, że nasza rzeczywistość nie jest idealna, nie oznacza, że musi być bierna, a danie sobie kolejnej szansy to akt odwagi. Ewentualni krytycy niech dalej leżą na kanapie.

Tak więc – dobrzy ludzie, którzy, jak ja zaczynają dietę od poniedziałku – łączmy się w tym deszczowym maju. Trzeba nam wierzyć, że sezon bikini jeszcze przyjdzie. A my będziemy na niego gotowi;)

Samych zachwytów,

Iwona