Internetowy pit stop i nieinstagramowe bułki

Internetowy pit stop i nieinstagramowe bułki

2019-05-24 0

Przez kilka ostatnich tygodni bardzo ograniczyłam sprawdzanie social media i przeglądanie Internetu. To nie było żadne wyzwanie typu 30 dni bez fejsa, a raczej poczucie przesycenia i lekkiego zagubienia. A poza tym kiedy się zrezygnuje z bycia obserwatorem życia innych ludzi, pozostaje wiele czasu na własne… I można trochę dłużej pograć z dzieckiem na tamburynie, przeczytać więcej książek i w końcu upiec własny chleb – do czego tak nieśmiało namawia mnie własne nazwisko.  

Znam niewiele osób w podobnym do mnie wieku, którzy nie korzystają z żadnych mediów społecznościowych, w tym mojego męża. Jeszcze nie słyszałam, żeby na to narzekali, albo mówili o poczuciu jakiegokolwiek braku. No i pamiętam siebie, zanim założyłam Facebooka, a potem Instagrama (a zrobiłam to wtedy, gdy już prawie cały świat miał konto). Oczywiście, że wiele spraw mnie wtedy omijało, a o Chodakowskiej dowiedziałam się jako ostatnia osoba na całych studiach. Mimo to, czułam się… bardziej wolna, a moja głowa zajęta była tym, co wybrałam dla niej sama, a nie jakiś mniejszy czy większy wywoływacz wpływu…

Co nam social media robią z mózgiem?

Lubię kanał Naukowy Bełkot na You Tube. To jedno z takich miejsc, które wzbogacają o czystą wiedzę, podaną w bardzo przystępnej pigułce, nie ma szans, żeby się nudzić. Przy wczorajszym prasowaniu dziecięcych ubranek puściłam sobie odcinek o tym, jak social media wpływają na nasz mózg. Nie jest już wielkim odkryciem, że social media uznawane są za uzależniające za sprawą dopaminy, krótkiej ułudy szczęścia, która jest dostarczana do naszego mózgu, kiedy tylko powiększa się liczba likeów pod naszym zdjęciem, albo jesteśmy obdarowywani pozytywnymi komentarzami. Odcinek jednak poruszył też inne kwestie, jak ta o prowadzonych w Kanadzie badaniach dotyczących wpływu Instagrama na powiększający się wśród jego użytkowników procent chorych na depresję. Przewijanie tysięcy zdjęć wpływa również na pogorszenie się naszej pamięci biograficznej – coraz częściej kojarzymy zdjęcie z jakimś wydarzeniem, ale trudno nam się odnieść do samej treści tego wspomnienia.

Nie zagłębiamy się w opowieści. Mijamy je, nawet często nie wiedząc jak niektóre z nich mogłyby nas ubogacić, gdybyśmy poświęcili im trochę więcej czasu.

Czas powrócić do encyklopedii?

Próbowałam ostatnio znaleźć kilka praktycznych informacji na temat jakiegoś produktu. Tak jak przypuszczałam, po wpisaniu swojego pytania w wyszukiwarkę pojawiło się kilkadziesiąt stron, które spieszyły mi z pomocą. Ale czy na pewno? Pierwsze kilka artykułów nie miały właściwie żadnej treści merytorycznej, kilka zdań, niektóre nawet z literówkami mówiły pokrętnie o temacie, choć trudno mi było je przeczytać ciągle przesuwając na bok natrętne reklamy. Artykuły sponsorowane i udające, że mają w sobie praktyczną treść, niedbałe blogi… poddałam się.

Pomyślałam, że chciałabym, tak jak bohaterowie serialu Silicon Valley, stworzyć nowy Internet – bez szpiegowania, podprogowych przekazów i reklam udających encyklopedie.

Dlatego tak kocham książki, za to że są ciche, nie narzucają się, pokornie czekają na mój czas i zawsze znajduję w nich odpowiedzi, chociaż czasem potrzebuję na to więcej czasu.

Ale dobre słowo też się znajdzie

Zauważyłam jednak, że kiedy się tak poobrażam na wirtualny świat, pojawia się w mojej głowie jego adwokat. Przypominam sobie o tych wszystkich dobrociach, które z niego płyną. O tych wszystkich zdjęciach noworodków moich znajomych i z mojej rodziny, o dobrych wieściach, jak obrona pracy dyplomowej mojej młodszej siostry, o tym, że mogę być w częstszym kontakcie z przyjaciółmi, o tym, że mogę komuś pomóc w zbiórce pieniędzy na cel charytatywny. Niezaprzeczalnie świat social mediów ma wiele dobrych stron.

Ale ja, żeby to docenić potrzebuję się czasem z niego wylogować na dłużej. Oczyścić z uczucia przesycenia. Myślę, że w dzisiejszym świecie każdemu zrobiłoby to dobrze. Nie jesteśmy w stanie bez konsekwencji przyswajać tak wiele informacji, przeciążamy się, a jednak wciąż dokładamy sobie więcej. Bez pit stopu ciężko jest dojechać do celu.

Moi Drodzy Czytelnicy, robicie sobie czasem takie przerwy?

Samych zachwytów Wam życzę i żeby nad Waszymi głowami było w ten weekend tylko słońce – deszczowi już dziękujemy;)

PS. Oprócz chleba upiekłam też dwukrotnie bułki. W smaku znośne, ale wygląd wybitnie parszywy, nawet filtry na insta nic by nie pomogły.