Mea Culpa i znowu o odwadze

Mea Culpa i znowu o odwadze

2019-08-12 2

Dzisiejsza noc miała gościć spadające Perseidy, ale najwyraźniej nadąsana burza za wszelka cenę pragnie je przyćmić swoją dumną urodą. Uwielbiam, kiedy duszne upalne dni kończą się takim spektaklem. I ten upragniony  oddech chłodniejszego powietrza, które muska mi teraz plecy wpadając przez uchylone okno… Momencik brylancik.

Pochylam się dziś nad słowami, które przez ostatni czas skrzętnie ukrywałam w swojej Myśloodsiewni. (Może nie jest taka głęboka, jak ta, co miał Dumbledore, ale jest moja najmojsza i to mi wystarcza).

Nabroiłam. Wiem.

Mogę na wstępie przejść od razu do swojej obrony. Powiedzieć, że przepraszam bardzo, ale…

Ale miałam wielki remont domu….

Ale szukałam pracy…

Ale zaczęłam nową pracę….

Ale, rany, jak ciężko jest się czasem ogarnąć, kiedy się pracuje i wychowuje dziecko jednocześnie.

Ale…no cóż, ktoś kiedyś mądrze powiedział, że to co po ale się nie liczy. Zdania z „ale” to wymówki.

A więc pozostaje mi tylko powiedzieć, że to moja wina. Mea Culpa, Kochany Czytelniku. Przepraszam, że nie pisałam. Sporo się wydarzyło od ostatniego wpisu. Właściwie, to już prawie się poddałam. Wciągnięta w karuzelę dni tygodnia już niemal zapomniałam o piątkowym przystanku – kiedy siadam i pozwalam myślom spokojnie przewędrować na wirtualny papier.

Przytulam dzisiaj moje pisanie, jak odtrącone dziecko. Nie mogę go zaniedbywać, bo to część mnie. Trzeba zawsze dbać o każdą część siebie, jeśli jest jeszcze dobra, a pisanie dla mnie to doświadczanie dobra.

Myślę o tym, czego nie robimy i jakie szanse tracimy w życiu spędzając je właśnie na karuzeli dni tygodnia. Czym byśmy się zajmowali, gdyby ktoś dzisiaj ogłosił precyzyjną datę końca świata. A gdybyśmy mieli jeszcze zaledwie kilka miesięcy? Co byś zrobił/a?

W perseidową noc oddycham czystym powietrzem i łapię grunt pod nogami. Myślę o lękach, które nijak nie chcą przeminąć. Myślę o zanurzaniu się w nich, jak w dzisiejszych ciemnych chmurach. Może to tylko tak źle wygląda? A po drugiej stronie nic nie zakłóca już widoku spadających gwiazd? Trzeba być jednak bardzo odważnym, żeby nie bać się skakać w nieznane.

Trzeba być tym bardziej odważnym, żeby podnosić się z kolan.

Jest pewien piękny cytat, który mi towarzyszy od jakiegoś roku. Chyba nie ma dnia, żebym sobie o nim nie przypomniała. Sama się dziwię, że jeszcze go tutaj nie zamieściłam. Ale dziś jest wpis szczególny. Po dwóch miesiącach kręcenia się w kółko, wróciłam do swoich Prostych Zachwytów.

Więc na zakończenie, aby dodać otuchy tym, co się czegoś boją i pomóc otrzeć łzy tym, którzy właśnie coś tracą – słowa Theodora Roosevelta, znalezione nie gdzie indziej, jak u Brene Brown:

Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni, albo co inni mogliby zrobić lepiej. Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz jest umazana błotem, potem i krwią, który dzielnie walczy, który wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, który ściera się w słusznych sprawach, który w swych najlepszych chwilach poznał triumf wielkiego wyczynu, a w najgorszych, gdy przegrywa, to przynajmniej przegrywa z wielką odwagą.

Dziękuję za upominanie się o moje teksty i zapewnianie, że mają znaczenie. Wiem, że bywam frustrująca, kiedy tak wciąż się żalę, że po co to komu i w ogóle wszystko jest bezsensu… Mea Culpa jeszcze raz.

Dziękuję Ci K.

Samych zachwytów,

Iwona