Melancholia początków i końców

Melancholia początków i końców

2019-08-22 0

Sprawcą dzisiejszego wpisu jest środowy spacer, długi na tyle by złapać dystans i poczuć, że idzie noc jeszcze chłodniejsza od ostatniej. W przeciwieństwie do majowych poranków tętniących cichą melancholią początku,  sierpniowe wieczory wypełnione są cierpką melancholią końca. Idąc już prawie po ciemku czuję zapach mokrej trawy. Doceniam chłód trzymający w ryzach i mówiący o przemijaniu. Wydają się być już policzone dni wypełnione głośną zabawą dzieci kąpiących się w dmuchanych basenach oraz opalonych twarzy znajomych wstawiających swoje zdjęcia z wakacji na Instagramie. Świat powoli wraca do porządku. Czas już wracać. Czas się uczesać i poszukać jesiennego płaszcza. Koniec już tych psot.

Zbliżający się wrzesień nieodmiennie wprawia mnie w stan przejścia. Naturalnie, że kiedyś było to o wiele wyraźniejsze, kiedy kończyły się wakacje, a zaczynała szkoła. Zostało jednak we mnie to uczucie mieszanki tęsknoty i ochoty. Uwielbiałam podpisywanie nowych zeszytów i kupowanie kolorowych długopisów. Uwielbiałam, wierzcie lub nie, zapach nowych, kolorowych trampek.

Dziś już nieco inaczej. Wrzesień bez szkoły to przecież taki jeszcze niby mały sierpień. Przejście jest, jednak nieco powolniejsze. Z letniej beztroski  w autentyczną krzątaninę codzienności. W ciepłe zupy na obiad zamiast arbuza i lodów ustawionych w zamrażarce na tryb neverending.

Często zdarza mi się traktować koniec lata podsumowująco. Jakby dopiero teraz miał zacząć się kolejny rok. Tym razem już na poważnie.

A więc w to lato nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było wielkiej egzotycznej podróży ani skoków ze spadochronem…

Ale były za to dnie spędzone na kocu pod gruszą z Ł. , książką i stopami taplającymi się w małym basenie.

Było też ścieranie upartej farby w kolorze jesiennego pledu z podłogi. Było wspólne malowanie ścian ( i tutaj się nie polecam – podobno się nie nadaję, jestem nieprecyzyjna, chlapię farbą, ogólnie zgroza… a i jeszcze piwo podpijam przy tym).

W to lato Ł. nauczyła się chodzić, mówić: „a co to?” i wymuszać czekoladę… Także teraz jestem spokojna, że sobie w życiu poradzi.

W to lato zdarłam na codziennych spacerach dwie pary sandałów, a moje stopy wyglądają, jakbym nadal je na sobie miała.

W to lato umocniły się moje przyjaźnie, przez wieczory przegadane jak nigdy. Ilościowo i jakościowo, przecudownie głupkowato również (I love Prosecco)…

To lato jakieś lekkie było, mimo że wcale nie łatwe. Nauczyło mnie cierpliwości czekania na innych i pokory powstrzymywania się od niepotrzebnej oceny. W końcu każdy ma swoją historię. Każdy dźwiga jakiś bagaż.

Nauczyło mniej przyjmować się tym, na co nie mam wpływu. Czasem i trzecia z rzędu wycieczka rowerowa przebiega w strugach deszczu.

Tak więc nic spektakularnego się nie zdarzyło w to lato i można iść spokojnie dalej do następnego. Zresztą… to spektakularne życie, które ma być wedle tego, co nam dookoła wciskają, naszym celem nr 1,  mnie się wydaje mocno zretuszowane… Ale to już temat na osobny wpis.

 Chyba jednak zostanę przy swoim, zwykłym, z emocjami jak na grzybobraniu.

 Jesień zamierzam w znacznym stopniu spędzić na pluszowej zielonej sofie wraz z pokaźnym kolorowym stosikiem w okładkach twardych i miękkich. Z herbatą i cynamonem.

A Ty jak?

Samych zachwytów,

Iwona